Dyktanda dla klas I- III gimnazjum

 

 

 

 

 

Wiosna tego roku spóźniała się. Wszyscy z utęsknieniem oczekiwali na cieplejsze podmuchy powietrza, snując się wolniutko w przybrudzonych kurtkach i ciężkich kożuchach. Omijali kałuże i niezdarnie człapali w przemoczonych butach po wąziutkich ścieżkach. Z żalem dumał o ciężkim losie ucznia, który musi zapamiętać pisownię różnych wyrazów, na przykład takich: gżegżółka z żółtą piegżą siedziały na krzaku jeżyn obok żywopłotu z bukszpanu. Co za horror! Kto wymyślił te ortograficzne historie? Na pewno dręczyciel młodzieży, wyżywający się na przekór wszystkim humanistycznym ideałom. Marzenia o podróży dookoła świata odłożyli na później. Wiedział, że starożytne budowle Aten i kąpiel w Morzu Śródziemnym, staną się faktem, a wędrówki po polskim mieście Łodzi zadowolą go wkrótce.   

 

 

 

 

 

Temperatura na dworze nie wskazywała na rychle ocieplenie. Jeszcze leżał śnieg, ale mróz już zelżał. Nagle Krzyś żwawo wybiegł na ośnieżony próg i wrócił zaraz z garścią śniegu. W korytarzu zawrzało jak w ulu , gdy hultaj Henryk rzucił na stół śnieżkę. Trzeba rozstrzygnąć należycie toczący się spór i przyznać rację temu, kto mówi z rozsądkiem. Po siódmej lekcji znużony wlókł się do domu. Wydarzenia szkolne miały niekorzystny wpływ na jego humor. Na dodatek oskarżony został o wyrycie ohydnego napisu na drzwiach. Uważał to podejrzenie za haniebne i rozważał różne możliwości rehabilitacji. Po krótkim wahaniu niegrzeczny Jerzy przyznał się do zarzutów . Westchnął z ulgą, gdyż jego honor został uratowany. Nie było obawy, że znów będzie w centrum zainteresowania. Zyskał przyjaciół , a nieprzyjaciół pożegnał.

 

 

 

 

 

Spódnice, kombinezony i podkoszulki  piętrzyły się wokół, tworząc górę rzeczy przydatnych do  podróży. Należało to upchnąć do dwóch walizek i malutkiego plecaka. Honorata przejrzała skarby przyjaciółki, odrzucając po kolei to, co niepotrzebne. Wystarczy starannie zharmonizować strój, aby dobrze wyglądać. Na tle bezchmurnego nieba wystrzeliwały w górę potężne ramiona metalowego krzyża. Niezmordowani turyści wspinali się na górski szczyt. Zażądano gwarancji, że o ósmej nie będzie żadnego hałasu. Panował ogólny harmider i w ogóle nie słychać  było chlubnego przemówienia. Wahanie przerwał głośno brzmiący dzwonek. Wkrótce doszłoby na pewno  do  interwencji Hanki, która wiedziała, że nie co dzień świętuje się hucznie urodziny. Krzyku było mnóstwo. Na koniec dał się słyszeć w gąszczu zarośli cichutko pogwizdujący kszyk.

 

 

 

 

                                                                                      

    

                                                    

                                                                                                                      

 

Przyjechał na dworzec na rowerze. Na peronie nagrzanym słońcem siedział znużony kolejarz i spoglądał na podróżnych zza rozłożonej gazety. Pociąg do Kazimierza z Sandomierza opóźniał się o trzydzieści minut, więc podenerwowani pasażerowie niecierpliwie przemierzali dworzec wzdłuż i wszerz. Pociąg dalekobieżny linii Kraków- Łódź Kaliska powoli wjeżdżał na szósty peron. Wówczas zrobiło się niewielkie zamieszanie przy zejściu do tunelu. Zgrzyt hamulców przeszył ciężkie powietrze. Pogoda zaczęła psuć się, zawiało z północy i w powietrzu uniosły się tumany kurzu. Wkrótce kropelki dżdżu zrosiły betonowe płytki peronu. W dali słychać było grzmot, który wypłoszył krążące przy ziemi jaskółki. Podróżni odetchnęli z ulgą, gdy ujrzeli wtaczający się powoli na stację pociąg.

 

 

 

 

 

Posążek z mahoniu wyrzeźbiony przez prawdziwego mistrza miał przepiękny kształt. Wyróżniał się uderzającą prostotą i ciemnobrązową barwą. Przypominał niewielkie zwierzątko podobne do żubra. Do olbrzyma było mu jeszcze daleko. Nikt nie mógł zaprzeczyć, że rzeźba sprawiała wrażenie niczym żywej istoty. Przechodnie patrzyli na nią z zachwytem, natężali wzrok, przysuwając lub oddalając głowy. Co chwilę dostrzegali w niej jakiś nowy szczegół. Krążyli wokół rzeźbiarza i jego dzieła od ósmej do południa, przemieszczając się wzdłuż skruszałych murów. W skupieniu słuchali słów mówcy o historii i pochodzeniu posążka, przechadzali się wolniutkim krokiem w kierunku eksponatu. Niektórzy spośród zebranych nie mogli oderwać oczu od zachwycającego i urzekającego swym pięknem obiektu.

 

 

 

 

 

 

Przeróżne zwierzęta urządziły zabawę w chowanego. Żółw schował się wśród niewielkich kamyków, żaba ukryła się w kałuży przed harcującymi olbrzymami. Dowództwo objęła sprytna małpka, która dała hasło do zabawy. Wszystkie stworzenia ostrożnie ukrywały swoje piórka, futerka i pancerze oraz zbyt długie ogony i szyje. Piegża z wróblem leciutko podfrunęły na gałązki jarzębiny, w krzaku głogu schował się żuczek, a pod próchnicą ukryła się mrówka z chrabąszczem. W kierunku źródełka, w którym żył staruszek węgorz, podreptała przepiórka z malutkimi pisklętami. Zatrwożony i płochliwy z natury żbik, czmychnął pomiędzy chaszcze, rosnące nieopodal. Zachmurzyło się, więc należało skończyć zabawę. W dziupli ukryła się para dzięciołów, hałaśliwe chrząszcze zadomowiły się pod trzciną, a tchórz uciął sobie drzemkę w ogródku wśród chwastów.

 

 

 

 

 

                                                                                                                           

 

Przygotowania do wizyty w teatrze trwały od pół tygodnia. Dziewczęta nie mogły skompletować odpowiednich strojów. Niektórzy z kolegów niedowierzająco kręcili głowami. Grześ  jakby użalał się nad niełaskawym dla koleżanek losem. Jednak przyjaciele potrafili zaradzić złemu. Użyczyli koleżankom swoich poważnych rad. W podróż udali się tramwajem, gdyż inny wehikuł był niedostępny. Niesamowite wrażenie wywarł gmach przystrojony różnobarwnymi afiszami. Już po pierwszej odsłonie młodzi widzowie byli przekonani, że czas spędzony z wytrawnymi mistrzami sceny nie będzie zmarnowany. Wkład pracy reżysera, choreografa, charakteryzatorów i inspicjenta był nieoceniony, a muzyka sama wpadała do uszu słuchaczy. Po antrakcie zasiedli w loży, by z zapartym tchem śledzić dalsze losy bohaterów.

 

 

To niesłychana wiadomość! Wkrótce wyjeżdżamy na Warmię i Mazury . Oprócz  Mikołajek i Olsztyna zwiedzimy pola Grunwaldu. Wojaże dostarczą nam nowych wrażeń, które na długo pozostaną w pamięci. Bohaterowie historycznych bojów, według opinii przewodników,  zasługują na miano idealnych rycerzy. Wkrótce z ziemi poderwał się do lotu helikopter, który za chwile okazał się malutkim punkcikiem znikającym w oddali. O dwunastej trzydzieści dotarli do atrakcyjnego miejsca, by skonsumować obiad. Hipolit zdjął z szyi płócienny szalik, usiadł wygodnie, a wyciągnąwszy zmęczone nogi, oddał się marzeniom. Czuł się, jakby doświadczał wizji; widział siebie w Australii wśród kangurów. Podróże po polskich krainach zawsze są fascynujące dla młodych Polaków. To prawdziwe lekcje żywej historii i geografii.

 

 

 

Na postoju poprosił taksówkarza o podwiezienie do północno-wschodniej części miasta do ośrodka szkolno-wypoczynkowego. Nagłe hamowanie i pisk opon przerwało pogrążonego w lekturze. Przed wejściem do budynku widniał beżowo-zielony napis „Jutrzenka”, tuż za ogrodzeniem na jasnozielonej trawie wygrzewały się w promieniach słońca maluchy. Ruszyłem w kierunku klubokawiarni, gdzie miałem spotkać się z moim przyjacielem Krzysiem, by omówić ważne szczegóły podróży na przyszły rok. Na przystrzyżonym trawniku natknąłem się na bladoróżowe okularki, które upuściła z malutkiej rączuchny Hanusia. Przystanąłem na chwilę, nabrałem powietrza i przywitałem się: - Dzień dobry. Później przemierzyłem równym krokiem plac zabaw, by znaleźć się przy wejściu do budynku, w którym czekał na mnie kolega z przyjaciółmi. 

 

 

 

Kiedy upchnęli bagaże pod dachem chałupki, usadowili się u podnóża góry, by pomachać schodzącym wąskimi ścieżkami, turystom. Już zachód słońca blisko, ponieważ dotkliwy chłód wyczuwali w powietrzu przesyconym zapachem skoszonych traw. Chmury powoli zaczęły przysłaniać wierzchołek Śnieżki. Chcąc nie chcąc, podnieśli się z ziemi i skierowali w stronę czmychającej wiewiórki. Chcieli natychmiast znaleźć się w schronisku i wypić herbatkę z cytryną. Dusze harcowników jedynie mogła natchnąć otuchą huczna muzyka. Ochotnicy trzymali wartę na chodniku przed chatą, a Helenka znana z hartu ducha, udała się na spacer ze swoim chartem. Z błahego powodu nie przyłączył się do dwóch koleżanek Henryk. Tchórzliwy chłopak chyba ze strachu zatrzasnął drzwi i ukrył się w zawieszonym na hakach hamaku. Pozostali chrupali pszenne paluchy zamiast schabowego i homarów, wesoło chichocząc.

 

 

 

Na żółtych ścianach wisiały nie zmienione od tygodnia gazetki. Tylko zmieniał się nastrój i oblicze chłopca. Nie przeczytawszy lektury, siedział na lekcji niczym mysz pod miotłą. Nie odpowiadał na pytania nauczyciela, nie podnosił głowy, nie przestawał wpatrywać się w zeszyt. Niewiedza i niepoważne podejście do zajęć  stały się źródłem ocen niedostatecznych. Nie chciał słuchać starszych, nie dopuszczał myśli o czwórkach i  piątkach. Uważał, że piątki i szóstki należą się kujonom. Nie najlepiej wyglądał, kiedy przeszywający na wskroś wzrok nauczyciela skupił się na twarzy ucznia. Pomyślał, że lekcja niedługo dobiegnie końca. Z niecierpliwością czekał na zbawienny dzwonek, który niebawem wyzwoli go z męczarni. Nie miał dziś ochoty na żarty, był w niezbyt dobrym humorze. Niepokój ogarnął chłopca na myśl o powrocie do domu. Nie będzie miał się czym pochwalić przed rodzicami.

 

 

 

 

Długo oczekiwane lato nadeszło wreszcie, ale niepostrzeżenie zbliżało się do końca. Harcerzom potrzeba trzech godzin do złożenia namiotów i uprzątnięcia terenu przylegającego do obozu. Żaglówki odstawiono do hangaru stojącego bliżej północnej strony brzegu. Leciutkimi kajakami fale rzucały niczym piłeczkami, więc należało się nimi natychmiast zająć. Wąziutkie przesmyki lśniły za zakrętem rzeki. Służba złożona z druhen krzątała się przy krzakach głogu i grabiła zżółknięte liście. Ktoś w przestworzach ujrzał szybującego jastrzębia. Harcmistrz Kazimierz przebiegł wzgórze i z wrzaskiem skierował się ku kucharzom, którzy warzyli dziś ostatnią strawę. Nikt nie mógł narzekać na brak wrażeń, wędrówek, przejażdżek i podróży. W cieniu rozłożystego drzewa odprężał się zuch Jerzy, który w ogóle nie zauważył popołudniowej bieganiny obozowiczów. Zawsze był w dobrym humorze.

                    

               

 

                               

 Młodszy brat z wielką uwagą obserwował tę scenę zza drzewa. Gdyby miał lornetkę, podejrzałby całe zdarzenie z bliska. Był oburzony, że sprzątnął mu spod nosa ostatni egzemplarz wymarzonej książki. Pomyślał, że warto by mieć swój własny. Spod długich, wywiniętych rzęs rzucał nieśmiałe spojrzenie. Po dwunastu minutach poszukiwań wydobył spod sterty papierzysków jasnobrązowy ołówek. Można by przypuszczać, że nieład panujący na biurku istniał od niepamiętnych czasów. Takiego nieporządku nie można się spodziewać nawet u największych bałaganiarzy. Obserwowany obiekt znalazł się poza zasięgiem wzroku przerażonej opiekunki. Fruwające w przestworzach ptaki przyleciały do nas znad Morza Śródziemnego. Okazało się, że to szybko rosnący gatunek jaskółek. Po kąpieli w rzece poczuł się jak nowo narodzony. Zgrzyt i hałas dochodzący spoza wzgórza był obco brzmiący dla uszu.                   

 

 

 

 

 

 

 

 

Do Poznania dojeżdżali o szóstej trzydzieści. Bladoróżowy świt oświetlał niczym gorejąca łuna pogrążone jeszcze we śnie miasto. Na ulicy Szerokiej panował nieopisany zgiełk, tumult i wrzawa, ponieważ każdy straganiarz próbował zachęcić przechodniów do swojego stoiska, krzycząc donośnie: -Świeże  rzodkiewki, ogórki, rzeżucha, bakłażany, brukselka. Ktoś dalej przywoływał kupujących grzmiącym basem: -Chrupiące pszenne pieczywo, świeżutkie grahamki, gorący żytni chlebuś. Jazgot nie ustawał przez cały czas godzin handlu. Wciąż napływali nowi klienci, by wśród przedziwnych ofert wybrać tę właściwą i dokonać należytej transakcji. Rzeczywiście można było w czym wybierać. Jędrne i kształtne warzywa , różnego rodzaju wyroby cukiernicze oraz pstrągi, węgorze i brzany a także miód pszczeli nęciły każdego, kto o tak wczesnej porze zawitał na targ. Według handlarzy życie na targu trwa od brzasku do północy.

 

 

 

Uważaj, żeby nie zhańbić i nie zszargać swojego dobrego imienia. Najlepiej będzie, jak sczeszesz włosy do tyłu i ściągniesz je gumką lub zwiążesz wstążką. Na te słowa zbladła, potem spąsowiała, sczerwieniała, a w końcu zsiniała ze złości. Józek ścichł jakoś dziwnie, chyba musiał się za bardzo zhasać. Najlepiej będzie, jak zsypiesz resztkę mąki do torebki, a stół przetrzesz wilgotną ściereczką. Kiedy się ściemniło, próbował zheblować w garażu sczerniałą od deszczu deskę. Pod zszarzałą powierzchnią ujrzał jasnożółty kolor drewna. Zsumował swoje dzisiejsze dokonania i orzekł, że jeszcze nie zsiwiał. Był małomówny, ale nie mało zdolny. Są i tacy, którzy mają jasno sprecyzowane poglądy. To rzadka, zwłaszcza wśród młodych, cecha. Trzeba by wziąć się do pożytecznej pracy i to od zaraz.

 

 

 

 

Pierwszą godzinę podróży muszę uznać za nużącą. Marzyłem o wędzonym węgorzu lub smażonej flądrze albo solonym śledziu. Wiem, że taki inteligentny, dobrze wychowany, młody mężczyzna nie będzie dopominał się poczęstunku i zakąsek w tak nieodpowiednim miejscu i niewłaściwym momencie. Inni zaczęli bębnić palcami o blat stołu, lecz wkrótce ujrzeli opiekuna z tęgą miną, przeciskającego się pomiędzy grupkami siedzących i stojących pasażerów. Kędzierzawy chłopak, wątły na pierwszy rzut oka, odsunął się na bok, torując drogę posuwającemu się zamaszystym krokiem naprzód opiekunowi. Ten muskularny mężczyzna niczym legendarny Wyrwidąb, stanąwszy przed towarzyszami podróży, poświęcił im chwilę. Argumenty, których użył, przemówiły do rozsądku żądnej wrażeń młodzieży.

 

                                                                                                       

 

 

 

                                                                                                                Opracowała:

 

                                                                                                             Irena Nowicka